Relacje

Motocyklem na Gibraltar - relacja w wyprawy

29 dni i prawie 12 tysięcy niezapomnianych kilometrów na kołach starą poczciwą Yamahą XJ 900. W taką podróż wybrał się Marek Safiańczuk. Przeczytaj jego relację z wyprawy!

DSC03788

 

Pomysł na długi, miesięczny wyjazd zrodził się zimą poprzedniego roku, kiedy to po dwóch udanych wakacyjnych wyprawach zastanawiałem się, gdzie spędzę kolejne wakacje. Lubię zwiedzać miejsca związane z pierwszą i drugą wojną światowa, a zachodnia Europa wbrew pozorom obfituje w takie atrakcje w ilościach, o jakich nawet mi się nie śniło. Chciałem także ciekawie zwieńczyć wyjazd, a Gibraltar wydawał się odpowiednim miejscem. Pomysł wydał mi się na tyle interesujący że zawiesiłem na jakiś czas plan wyjazdu do Turcji i skupiłem się na zaplanowaniu trasy na zachód Europy, co biorąc pod uwagę obecną sytuacje wydaje odpowiednim krokiem.

Czasu do wyjazdu miałem sporo, ciągle znajdywałem ciekawe miejsca, aż w końcu trasa była tak zapełniona punktami do zwiedzenia, że nawet miesięczny termin wydawał się zbyt krótki. Musiałem zdecydować, co zwiedzę w pierwszej kolejności, a co w dalszej przyszłości. Skupiłem się na najważniejszych miejscach, takich o których każdy, kto choć trochę interesuje się tą tematyką, słyszał. Nieco inaczej sprawa się miała z obozami koncentracyjnymi, które w powszechnej opinii funkcjonowały głównie na wschód od Odry, a jednak w mniejszych ilościach, ale też można tam na nie trafić. Grzechem byłoby w moim przypadku nie skorzystać z zaproszenia do odwiedzenia kuzyna mieszkającego w małym miasteczku w Hiszpanii, oraz znajomego, który krótko po mojej ubiegłorocznej wycieczce przeprowadził się do malowniczej Szwajcarii.

Prawdziwe przygotowania zaczęły się miesiąc przed wyjazdem, motocykl został dokładnie przejrzany w domu, kilkudniowy wyjazd potwierdził gotowość jednośladu do wyzwania, zgrubne wyliczenie pokazał,o że powinienem zmieścić się w rozsądnych kosztach, nawet w przypadku konieczności wymiany opony, którą podejrzewałem o to, że nie wytrzyma całego przebiegu.

 

Dzień 0.

Tankowanie i upychanie resztek bagażu. Poszło łatwiej niż w ubiegłym roku, pomimo tego że wyjeżdżałem na miesiąc a nie dwa tygodnie. Nauka nie poszła w las.

 

Dzień 1.

Wyjazd z samego rana i droga w kierunku Szczecina, przebiega bez żadnych zakłóceń. Pierwszym punktem do zwiedzenia tego dnia była Mysia Wieża w Kruszwicy, gdzie według legend myszy zjadły Popiela. Wstęp na gór kosztuje 5 złotych, a czasem nawet nic, dla motocyklistów :) Z góry rozciąga się ładna panorama na Gopło i okolice. Wewnątrz są różne historyczne wystawy.

1

Następnie skierowałem się do Biskupina. Po drodze spotkał mnie mały deszczyk który jak się później okazało towarzyszył mi praktycznie codziennie przez pierwsze 2 tygodnie wyjazdu. Kilka kilometrów przed Biskupinem można natknąć się na muzeum kolejki wąskotorowej w Żninie, skąd można dojechać kolejką do Biskupina oraz przejechać przez Wenecje. Oprócz samej odtworzonej osady, łącznie z wyposażeniem budynków, jest także muzeum i kilka pomniejszych wystaw z zaprezentowanymi zabudowaniami z różnych wcześniejszych jak i późniejszych okresów (wioska neolityczna, wioska piastowska, obozowiska łowców z epoki kamienia). Wszystko jest bardzo dobrze zachowane i zorganizowane i pozwala zobaczyć jak wyglądało życie szczęśliwych ludzi bez podatków, telewizji i internetu. Wstęp do całości kosztuje 10 złotych, przez wszystkie stanowiska można przejść jedną ścieżka, więc niczego się nie przegapi.

2

3

To wszystkie z zaplanowanych miejsc do zwiedzania na dziś, skierowałem się prosto do Szczecina, zatrzymując się tylko przed Muzeum walk o Wał Pomorski na pamiątkową fotke. Na koniec dnia szczęśliwie dojechałem do Szczecina. Na rozgrzewke przejechałem tego dnia 595 kilometrów.

 

Dzień 2.

Noc minęła spokojnie i po zjedzeniu śniadania ponownie skoro świt wyruszyłem. Pierwsze w kolejności były dwa miejsca w samym Szczecinie, które w ubiegłym roku jadąc do Niemiec pominąłem z braku wiedzy o nich. Pierwsze to już niestety ruiny widokowej wieży Quistorpa wybudowanej w latach 1900-1904 na polecenie Martina Quistorpa ku czci swojego ojca. Była wizytówką i reklamą materiałów pochodzących z kamieniołomów należących do rodziny. Ruiny znajdują się w lasku Arkońskim i żeby do nich dojść, trzeba zostawić motocykl i udać się w kilkunastominutowy spacer. Drogowskazów nie ma, ale wystarczy kierować się do centrum lasku na najwyższe wzniesienie. W czasie wojny znajdowała się tam wieża radarowa, i to jest prawdopodobna przyczyna jej zniszczenia w 1942 roku.

4

Po wyczerpującym spacerze po lasku udałem się kilka kilometrów dalej do obiektu znacznie lepiej zachowanego, a mianowicie do wieży Bismarcka. Widać ją już z dość daleka, ponieważ stoi na wzniesieniu i sam dojazd jest nieco łatwiejszy. Jest największą i najdroższą z wież żelaznego kanclerza, jej budowę rozpoczęto w roku 1910, a otwarcie nastąpiło w 1921. Budynek jest w zaskakująco dobrym stanie, ale niestety jest w prywatnych rękach i jest zamknięty dla zwiedzających. Robi świetne wrażenie i aż prosi się, żeby temu obiektowi przywrócić dawny blask. Z wnętrza przez uchylone drzwi wieje przyjemne zimne powietrze.

5

Pora opuścić Szczecin, z oddali żegnały mnie stoczniowe dźwigi, a ja skierowałem się do Zalesia, tuż przy jeziorze Wicko Wielkie gdzie znajdują się resztki instalacji do wyrzutni rakiet V3. Oprócz małego muzeum umieszczonego w bunkrze gdzie były składowane pociski, znajdują się tutaj pozostałości po trzech stanowiskach ogniowych. Wszystko jest niestety dość słabo oznaczone i trzeba poprostu chodzić po lesie po lekko wydeptanej ścieżce. Same stanowiska są dość ciekawe, ponieważ są pobudowane na naturalnym wzniesieniu i nie można było zmienić ich miejsca ostrzału, czyli wyglądało to jak położona na ziemii ogromna armatnia lufa i strzelała tylko w jedno miejsce. Do teraz zachowały się tylko betonowe podpory.

6

Następnie skierowałem się na przeprawę promową na drodze krajowej 93, by po przekroczeniu granicy z Niemcami odwiedzić muzeum w Peenemunde. Zanim dojechałem do muzeum pogoda popsuła się już dość wyraźnie i zwiedzanie jak i reszte dnia odbyłem już w strugach deszczu. Jest to były ośrodek badawczy który w latach 1936-1945 był jednym z najnowocześniejszych. W 1942 została z tego miejsca wystrzelona pierwsza rakieta w kosmos. Do budowy tego ośrodka zapędzono więźniów z pobliskich obozów koncentracyjnych oraz jeńców wojennych. Całe muzeum to ogromny obszar, ponad 50.000 m2. Miłą niespodzianką był fakt że objaśnienia były także w języku polskim. Jednak to co najbardziej przykuło moją uwagę, to o dziwo nie były rakiety, a sama elektrownia. Można ją zwiedzać, dojść praktycznie w każdy zakamarek tego ogromnego molocha, obejrzeć całą instalacje i wyobrazić sobie, jak wyglądała wtedy praca na takim obiekcie. W oddali widziałem jeszcze łódź podwodną, którą podobno można zwiedzać, ale była na zamkniętym terenie i niestety nie dało się tam do niej dostać, czego szczerze żałuje, bo była jednym z miejsc, które koniecznie chciałem zobaczyć. Wstęp na cały obiekt kosztuje 8 euro.

8

9

Po zwiedzeniu wszystkiego co się dało ruszyłem w kierunku Hamburga, gdzie miałem zamiar znaleść nocleg. Droga okazała się niezłym koszmarem, nie tyle z powodu sporego miejscami ruchu, co opadów deszczu który w pewnym momencie przybral tyle na sile, że poddał się nawet mój kombinezon przeciwdeszczowy. Kilkadziesiąt kilometrów przed samym Hamburgiem wypogodziło się, mokre ciuchy zaczęły powoli schnąc od pędu powietrza. Samo miasto okazało się pełne kontrastów, po ulicach przemykały najdroższe samochody, a na chodnikach było dość dużo bezdomnych, do tego spory tłok. Poszukiwanie taniego noclegu było kolejnym tego dnia zimnym prysznicem. Albo nie było miejsc, albo ceny zwalały z nóg. Ostatecznie po chyba 2 godzinach krążenia po okolicy, gdy zbliżała się godzina 23, wróciłem do jednego z hosteli, zarządzanego przez kilku śniadych dżentelmenów, gdzie wcześniej dostałem propozycje na wypadek nie znalezienia noclegu nigdzie indziej przespania się w składziku na materacu za 10 euro. Było całkiem wygodnie, można to było potraktować jako zaprawę przed spaniem w namiocie. Tego dnia przejechałem łącznie 570 kilometrów.

 

Dzień Trzeci

Obudziłem się rano wbrew wieczornym obawom nie z bólem w okolicy nerek w wannie z lodem, ale w śpiworze, to znaczy, że wszystko w porządku. Szybkie śniadanie i w chwili pakowania motocykla zaczyna padać deszcze. Podobno gdzieś dalej już nie pada... ale niestety to nie była prawda. Padało cały dzień. Gdzieś po drodze do pierwszego podczas wyjazdu obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen natrafiłem na, również pierwszy podczas wyjazdu cmentarz alianckich żołnierzy z II wojny światowej.

10

Obóz w Belsen funkcjonował w latach 1940-45 i według różnych szacunków pochłonął około 70 tysięcy ludzi. Zostały po nim tylko dziury w ziemi po masowych grobach, fundamenty budynków i wspomnienia naocznych świadków. Na miejscu jest muzeum obozu, a na terenie dawnego obozu stoi kilkumetrowy krzyż postawiony przez Polaków, stoi także kilka nagrobków z polskimi napisami i pamiątkowych tablic, o samym wyglądzie obozu informują już tylko tabliczki informujące co w danym miejscu stało. Wstęp na teren jest bezpłatny, zwiedzanie zajmuje około 2-3 godzin. Obóz przypomina nieco swoim aktualnym wyglądem obóz w Treblince.

11

Z Belsen udałem się następnie do kolejnego obozu w Esterwegen. Tutaj też z samego obozu niewiele zostało, byłem jedyną osoba która kręciła się po terenie, ale może to była wina pogody. Także tutaj można trafić na ślady Polaków, którzy dokonali tutaj swojego żywota. Zginęło tutaj łącznie prawie 40 tys ludzi, z czego większość to żołnierze armii czerwonej.

12

Po zwiedzeniu tego, co było do zwiedzenia, pojechałem poszukać noclegu w pobliżu granicy z Holandią. Nie miałem ochoty na rozkładanie namiotu w strugach deszczu, więc po raz kolejny zacząłem rozglądać się za miejscową ofertą pokoi do wynajęcia i po raz kolejny musiałem nawinąć sporo kilometrów, aż znalazłem przytulny nocleg w pubie-hoteliku za 30 euro za noc, ale ze śniadaniem. Dystans jaki dziś pokonałem to równo 400 kilometrów.

Tego dnia akurat był mecz Niemcy vs Brazylia, w pubie wieczorem zaczęli zbierać się młodzi Niemcy i bardzo entuzjastycznie kibicowali swoim faworytom, wiadomo jakim. Ja sobie usiadłem z piwem na końcu sali i obserwowałem spokojnie pierwszą połowe, w przerwie poszedłem do swojego pokoju spać. Zastanawiałem się jak będzie wyglądała zabawa po meczu, ale po prostu wszyscy się w spokoju rozeszli do swoich domów, bez krzyków czy awantur, w ciągu kilkunastu minut.

 

Dzień czwarty

Najedzony i wypoczęty wyruszyłem na podbój Holandii. Ale zanim opuszcze Niemcy, opowiem co nieco o podróży przez ten kraj. W większości miast, zwłaszcza tych mniejszych, jest bardzo czysto, ludzie są przyjaźnie nastawieni. Pewnym problemem jest tylko bariera językowa, ale tylko w przypadku starszych ludzi, większość rzeczy można załatwić rozmawiając po angielsku. Ludność napływowa zamieszkuje zwykle większe miasta, więc na prowincji można uświadczyć właściwie tylko rdzenną ludność i ewentualnie pracowników z innych krajów. Do tego wieś nie oznacza walących się drewnianych domostw czy szarych nijakich budynków, wszystko jest utrzymywane w jak najlepszej kondycji. Widziałem bardzo mało policji, łącznie kilka radiowozów, wszyscy jeżdżą mniej więcej zgodnie z przepisami, tylko w miastach dość rygorystycznie przestrzegana jest pięćdziesiątka. Na drogach przelotowych i autostradach można się natknąć na sporo samochodów ciężarowych z naszymi tablicami i tak samo jak w Holandii i Belgii dużo samochodów dostawczych z nadbudówkami sypialnianymi na dachu - dla ominięcia przepisów dotyczących czasu pracy kierowców. Większość z nich ochoczo odpowiada na pozdrowienie awaryjnymi. Taka miła odskocznia podczas jazdy.

13

I nareszcie wjazd do Holandii, tradycyjnie w deszczu nawijałem powoli kilometry, pierwsze miejsce do zwiedzania było dopiero 60 kilometrów przed Amsterdamem, więc mogłem chłonąć widoki holenderskiej wsi i miasteczek. Wszystko jest równie czyste i poukładane jak u sąsiadów, tylko wydaje się jakby bardziej wesołe. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to śmieszne małe kucyki wzrostem w najlepszym wypadku dorównujące wilczurowi. Powoli gdzieniegdzie dało się także dojrzeć pierwsze wiatraki. Ruch dalej mocno uporządkowany, kompletne zero drogowej agresji.

Pierwsze zakupy w Holandii to kupno nowej kominiarki, która gdzieś mi się zawieruszyła po drodze w sklepie z częściami motocyklowymi. Po około 170 przejechanych kilometrach dojechałem w strugach deszczu do obozu koncentracyjnego w Leusden, a właściwie do tego, co z niego zostało, czyli fundamentów budynków, pamiątkowego fragmentu muru i najbardziej przygnębiającego miejsca - miejscu straceń, gdzie więzień szedł kilkaset metrów ścieżką, gdzie na końcu czekał go pluton egzekucyjny.

Następnie postanowiłem poszukać noclegu w pobliżu Amsterdamu, znalazłem interesujące mnie lokalizacje w aplikacji na telefonie i udałem się do miejscowości Haarlem położonej kilkanaście kilometrów na północ za Amsterdamem. Droga obfitowała w liczne atrakcje, do deszczu dołączył hulający wiatr rzucający znienacka motocykl po całym pasie, temperatura też zrobiła się mocno nie letnia. Wybrałem hostel sieci StayOk ze względu na dość niską cenę (22 euro) i wliczone pranie oraz śniadanie. Po wrzuceniu ciuchów do pralki poszedłem na zakupy i zwiedzanie okolicy. Miałem możliwość przejść się wzdłuż parku i uroczego kanału wodnego. Pokonany dystans tego dnia to 326 kilometrów.

15

16

17

Po drugiej stronie kanału na wysokości domów parkowały małe łódki. Wreszcie mogłem się dokładniej przyjrzeć holenderskim domkom, które od tej pory stały się moimi ulubionymi typami domów. Duże frontowe okna to jest coś, co będę chciał mieć u siebie kiedyś. Pokój dzieliłem z trzema starszymi dżentelmenami, jeden z nich - Niemiec - opowiadał o swojej wycieczce rowerowej, podczas której zostawił żonę w domu, a sam rzucił się w wir zwiedzania Holandii.

W międzyczasie jeszcze sprawdzam stan swojego konta i momentalnie blednę, gdy widzę, że z konta ubyło mi 100 euro za tankowanie motocykla na bezobsługowej stacji. To najdroższe paliwo o jakim słyszałem, dziękuje swojej przezorności za zachowywanie każdego paragonu za tankowanie i dzwonie na infolinie banku chcąc zastrzec operacje. Tam mi po którymś przełączeniu i ostatecznie oddzwonieniu wyjaśniają, że narazie środki są zarezerwowane a reklamować je będę mógł dopiero po zatwierdzeniu operacji, czyli za jakieś 2-4 dni. Ostatecznie po 2 dniach rachunek zostaje obciążony tylko kwotą za tankowanie, ale nerwów się troche najadłem i do tej pory nie rozumiem sensu blokowania takich kwot. Przez całą drogę jeszcze kilka razy miałem blokowane większe sumy niż za samo tankowanie czy jedzenie. W Holandii dobrze też jest mieć dwie różne karty, ja miałem często problemy przy wypłatach z bankomatów i zakupach, karta Visa nie była obsługiwana.

 

Dzień piąty

Rano pobudka, śniadanie w formie szwedzkiego stołu, z przeogromną ilością składników, każdy znalazłby tam coś dla siebie. Spakowany tradycyjnie z samego rana około 10:00 wyruszam na podbój Amsterdamu. Miasto bardzo ładne, usiane kanałami, ale nie do końca czyste. Na mniej wystawnych ulicach sporo śmieci i stertu worków ze śmieciami. Same okolice kanałów mocno zatłoczone, ale udaje mi się gdzieś wcisnąć i pozwiedzać okolice. I po raz kolejny Amsterdam przypomina mi nieco Hamburg, ze względu na liczną reprezentacje bezdomnych, którzy najzupełniej zwyczajnie wylegują się wzdłuż kanałów, walcząc o miejsce z ptactwem i przechodniami. Pokręciłem się jeszcze trochę po okolicy i postanowiłem jechać dalej, co wcale nie było takie proste.

Chciałem się kierować na południowy-wschód unikając autostrad i utknąłem w jednym miejscu, gdzie interesująca mnie droga była zablokowana i nie dało się, chyba ze względu na biegnącą tuż obok autostradę, znaleźć bliskiego objazdu. W końcu postanowiłem jednak skorzystać z dobrodziejstwa autostrady A2 i objechać zablokowany kawałek zjeżdżając najbliższym możliwym zjazdem. Nie byłem pewien, czy za holenderskie autostrady obowiązują jakieś opłaty, więc z sercem (i portfelem) pod gardłem nie rzucając się z oczy dojechałem do oddalonego o kilka kilometrów zjazdu, i jakież było moje zdziwienie gdy w połowie tegoż zjazdu zobaczyłem w lusterku niebieskiego koguta mrugającego tuż za mną. Nie zostało nic innego jak zatrzymać się. Postój zrobiłem jeszcze na zjeździe tuż przed samochodem z przyczepką kempingową gdzie właściciel wymieniał przebitą oponę. Zdejmując kask, w myślach liczyłem, ile może być kary za jazdę po ichniejszej autostradzie bez winiety, bo po cóż innego mogliby mnie zatrzymywać. Kierowca radiowozu zdążył w tym czasie wyjść z samochodu i podejść do człowieka wymieniającego koło w przyczepce, a z miejsca obok wysiadła policjantka, kieruję na nią swój pytający wzrok, a ona mi macha żeby jechał dalej, a sama się zajęła ostrzeganiem nadjeżdżających samochodów przed niebezpieczeństwem. Uff... moje euro są tym razem bezpieczne

W lepszym humorze jadę dalej, aż nagle widzę jak nad moją drogą przelatuje samolot. Niee, takiej okazji nie przepuszcze, mimo znaków zakazu zatrzymywania się, robie postój i cykam fotki samolotom startującym i lecącym nad moją głową.

18

Kieruję się do miejscowości chyba znanej wszystkim, którzy choć odrobine interesują się II wojną światową czyli Arnhem, mijając po drodze zwiedzany w dniu poprzednim obóz w Leusden. Kilka kilometrów przed Arnhem dostrzegam drogowskazy o lokalizacji dla spadochroniarzy. Zajeżdżam na parking i widzę ogromne puste pole gdzie lądowali skoczkowie i szykowali się do ataku. Moją uwagę zwróciła grupa żołnierzy w amerykańskich współczesnych mundurach. Chwile ich poobserwowałem i jak grupka w końcu się rozbiła na dwie mniejsze postanowiłem podpytać co tutaj robią Okazali się amerykańskimi żołnierzami, którzy przyjechali na rozpoznanie terenu, gdzie we wrześniu będą skakali w 70 rocznice bitwy pod Arnhem. Dorobiłem się pamiątkowej fotki z wojakami i popędziłem do Arnhem.

19

Jako że była już pora poobiadowa skierowałem się na południowy zachód w okolice miejscowości Vugh, gdzie po krótkich poszukiwaniach znalazłem nocleg w gospodarstwie agroturystycznym w wiosce Vlijmen, gdzie dojechałem późnym wieczorem. Kręcąc się po takich okolicach można zakochać się w Holandii, podróżujesz uroczą uliczką, gdzie po bokach stoją świetnie utrzymane stare zabudowania, przeplatane tymi nowszymi z ogromnymi frontowymi oknami, przez które można zajrzeć sąsiadom do domu, bo nikt tu właściwie nie zna firanek, iście sielski klimat. Koszt noclegu to 15,5 euro. Tym razem przygotowałem się i na kolację zakupiłem sobie po drodze świeżo zerwane smaczne wisienki i truskawki, to miała być moja odmiana, po tradycyjnej kolacji składającej się z herbaty i ciastek. Na miejscu zakupiłem jeszcze miejscowe piwa za ostatnie wolne euro. Przejechałem dziś 268 kilometrów, mam małą tendencje spadkową, co nie wróży dobrze.

Ale nie jadłem sam, na miejscu była zagroda z czterema zabawnymi kózkami które równie chętnie co ja pałaszowały moje zakupy. Późnym wieczorem tradycyjnie zaczęło grzmieć by w nocy się rozpadać.

24

 

Relację z kolejnych dni przeczytasz na blogu Marka: Gibraltar 2014

 

 

ZOBACZ TAKŻE